Tabriz i okolice

Następnego dnia rano jedziemy do Tabriz. Musimy pożyczyć pieniądze od Hosseina, bo kwota którą wymieniliśmy na granicy okazała się zbyt mała.W Tabriz idziemy na bazar, gdzie w części jubilerskiej wymieniamy więcej pieniędzy, powinno nam na jakiś czas wystarczyć. Potem decydujemy się pojechać autobusem do Kandovan, O Kandovan – irańskiej Kapadocji – już pisałem opisując wyjazd z 2010 roku, więc tutaj specjalnie rozpisywać się nie będę. Spędziliśmy tam nieco ponad dwie godziny, a w drodze powrotnej w Osku udaje się nam kupić kartę SIM do telefonu. Było to dość czasochłonne oraz pełne formalności, włącznie z przekazaniem sprzedawcy odcisku mojego palca. Wracamy do Tabriz.

Ponownie w Iranie

Lecimy przez całą Turcję ok godziny, a mimo to dostajemy poranny posiłek.To miła odmiana po skorzystaniu z usług naszego rodzimego przewoźnika. Lądujemy na najmniejszym lotnisku jakie do tej pory widziałem. Po wylądowaniu jest w zasadzie tylko mała toaleta. Na szczęście Pegasus pomyślał o transporcie do miasta i podstawił bezpłatnego busa. Jesteśmy już prawie w Iranie.

Drugi wyjazd do Iranu

Wyjazd w 2010 roku do Iranu, w wejściem na Damavand pozostawił u mnie lekki niedosyt. Co prawda zobaczyliśmy parę miejsc na północy Iranu, ale wystarczy spojrzeć na mapę, by przekonać się, że to zaledwie skrawek tego ogromnego kraju. Dość szybko stwierdziłem, że warto tam jeszcze wrócić. Namówiłem Agę, i tak oto w połowie 2013 roku zaczęliśmy wypełniać wnioski o numer referencyjny potrzebny do uzyskania wizy do Iranu. Kiedy Aga podała mi dane swojego paszportu, okazało się, że zaraz kończy się jego ważność i z takim paszportem o wjeździe do Iranu nie ma mowy. Szybko składa wniosek o paszport, po czym ponownie siadamy do wypełniania wniosków. Czasu jest jednak mało, nie starczy go na uzyskanie wizy w Warszawie, decydujemy, że jej numer referencyjny będzie wysłany do Stambułu i tam będzie starać się o wizę. Ja swoją zdążyłem odebrać jeszcze w Warszawie. Kupujemy na razie bilety do Stambułu i na powrót z Teheranu również do Stambułu.

Amman i okolice

Po raz trzeci odwiedzamy Amman. Ken już wcześniej mówił nam, że jedzie do Akaby, musimy zatem znaleźć hotel. Znajdujemy jakiś czterogwiazdkowy, jednak szybko okazuje się, że system gwiazdkowy nie działa w Jordanii równie dobrze jak w Europie. Na szczęście cena również nie jest czterogwiazdkowa. Hotel znajduje się blisko cytadeli, do historycznego centrum Ammanu mamy zatem ok 20 minut pieszo. Jedziemy jednak póki co do największego meczetu w Ammanie: Meczetu Króla Abd Allaha. Meczet jest nowy, więc nie należy spodziewać się elementów antycznych. Jego charakterystyczną niebieską kopułę mijaliśmy parokrotnie autem, teraz postanowiliśmy zobaczyć meczet z bliska.

Akaba – jordański kurort

Z rana wyjeżdżamy z Wadi Musa i jedziemy autobusem nad Zatokę Akaba, do miasta o tej samej nazwie. Po dojechaniu na miejsce szybko znajdujemy hotel. Nie jest to trudne, bo mamy tylko dwa życzenia: aby miał klimę i by było tanio. Tego dnia nad morze już nie pojedziemy, zwiedzamy sobie zatem Akabę, choć za wiele tu do zwiedzania nie ma. Są za to centra handlowe z klimą i szeroki wybór gastronomii, w tym owoców morza. Ceny są przystępne – również z uwagi na to, że Akaba znajduje się w strefie wolnocłowej – nie ograniczamy się zatem.

Wadi Musa i Petra

Z samego rana jedziemy z Ammanu autobusem do Wadi Musa – stąd Petra jest już w zasięgu ręki. Niestety mamy pecha, po drodze nasz autobus się psuje. Pechem podwójnym jest to, że psuje się obok rozkładających się zwłok psa. Śmierdzi przeokropnie. Początkowo kierowca ma chyba plan naprawić autobus, ale po jakimś czasie po prostu upycha nas do innych autobusów jadących do Wadi Musa. W końcu tam docieramy, na tyle wcześnie aby jeszcze pochodzić po miejscowości, ale na tyle późno, że nie ma już sensu kierować już swych kroków do Petry.