Kazwin i Irański Kurdystan

Kazwin

Kazwin jest tylko krótkim przystaniem na naszej drodze z Tabriz w Irański Kurdystan. Do Kazwin, a właściwie na jego obrzeża dojeżdżamy wczesnym rankiem, zdecydowanie zbyt wcześnie by kierować się do miasta. Decydujemy się dospać noc i rozbijamy się tuż przy bramkach wjazdowych na autostradę.

Irański Kurdystan - Kazwin - Poranek przy autostradzie
Irański Kurdystan – Kazwin – Poranek przy autostradzie

Zakładamy, jak się okazało słusznie, że nikt nie będzie nas tu niepokoił. Po kilku godzinach zbieramy się taksówką do centrum. Idziemy do Meczetu Piątkowego (Jameh Mosque). Znajdujący się przed wejściem Irańczycy zachęcają nas do wejścia – osobnymi wejściami.

Irański Kurdystan - Kazwin - Jameh Mosque
Irański Kurdystan – Kazwin – Jameh Mosque

Zwiedzamy meczet, a potem rozglądamy się trochę po jego otoczeniu. Przy samym meczecie kręci się sporo osób. Część ludzi przyjechała tu chyba na dłużej, bo przy rozbitych namiotach suszy się pranie. Jakaś rodzina przy murach meczetu urządziła sobie piknik – to wszystko pokazuje że Irańczycy inaczej traktują meczety niż u nas traktuje się kościoły.  Dla nich poza świątynią, to również sposób na spędzenie wolnego czasu.

Irański Kurdystan - Kazwin - namioty przy meczecie
Irański Kurdystan – Kazwin – namioty przy meczecie

W Kazwin oglądamy jeszcze dawne cysterny oraz znajdujący się w niewielkim parku pałac, a potem kupujemy bilety do Kermanshach, gdzie docieramy późnym wieczorem.

Irański Kurdystan

Kermanshah

Nie mamy za bardzo możliwości, aby szukać sensownego noclegu, kierujemy się zatem ku pierwszemu lepszemu hotelowi z Lonely Planet. Okazuje się być czymś na wzór hoteli robotniczych, dość surowym jeśli chodzi o warunki, i bardzo tanim, jeśli chodzi o cenę. Wychodzimy jeszcze znaleźć coś do jedzenia, ale w pobliżu nie ma żadnego baru, kończy się więc na kupionych w sklepie chipsach.

Kermanshah jest już w większości zamieszkałe przez Kurdów i daje się to zauważyć na ulicach. Kobiety ubierają się bardziej kolorowo, a mężczyźni noszą szerokie, luźne spodnie. W ciągu dnia robimy sobie krótką przechadzkę po mieście – głównie szukamy kantoru, bo kończą się nam riale. Szukając kantoru mijamy mały bar z falafelem, gdzie decydujemy się jeść śniadanie.

Irański Kurdystan - Kermanshah - Falafel
Irański Kurdystan – Kermanshah – Falafel

Właściciel zna trochę angielski i jest dość rozmowny, a bogaty falafel niewyobrażalnie wręcz tani. Znajdujemy też w końcu kantor, a raczej jubilera który wymienił nam pieniądze.

W Kermanshah główną atrakcją jest Taghbostan, i tam też zmierzamy. To wykute w skałach płaskorzeźby z ery Sassanidów, perskiej dynastii. Znajdują się nieco poza centrum miasta, w malowniczym otoczeniu gór i jeziora. Na całość składa się kilkanaście rzeźb, o różnym stanie zachowania.

Irański Kurdystan - Kermanshah Taghbostan
Irański Kurdystan – Kermanshah Taghbostan

Miejsce cieszy się sporym zainteresowaniem Irańczyków, ale oni płacą za wstęp kilkakrotnie mniej niż my. Dla nas, po obejściu całości, cena wydaje się dość wygórowana. Ale przynajmniej możemy odpocząć nad jeziorkiem.

Irański Kurdystan - Kermanshah - jezioro przy Taghbostan
Irański Kurdystan – Kermanshah – jezioro przy Taghbostan

Zastanawiamy się też, co robić dalej i decydujemy się jechać do Sanandaj, stolicy Irańskiego Kurdystanu. W tym celu idziemy na dworzec i ładujemy się do małego busika. Kierowca wskazuje nam miejsca z przodu i po jakimś czasie ruszamy. W busie nie ma klimatyzacji, ani nawet wentylacji, cierpimy więc w upale mimo otwartych okien. Po pewnym czasie zasypiam, a po przebudzeniu Aga mówi mi, że kierowca coś ode mnie chciał. I faktycznie, za chwilę kierowca pokazuje mi swój telefon, gdzie na ekranie jest po angielsku napisane: “Czy chcielibyście przyjść do mnie do domu?”. Oczywiście grzecznie odmawiamy, wiedząc już dobrze czym jest taroof, i przypuszczając że Irański Kurdystan nie różni się tu od reszty kraju – ale kiedy kierowca po raz drugi i trzeci ponawia propozycję, jesteśmy przekonani że jest ona szczera i z radością ją przyjmujemy.

Sanandaj

Trochę się obawiamy o komunikację, ale nasze obawy zostają szybko rozwiane. Już w Sanandaj dosiada się bowiem do busa Shina, siostrzenica naszego gospodarza. Shina zna angielski, problem z komunikacją został zatem rozwiązany. Jedziemy do domu, gdzie zostajemy podjęci kolacją.Potem ruszamy na pobliską górę Abidar. To bardzo popularne wśród miejscowych miejsce wypoczynku i pikników. Popularne również późnym wieczorem, kiedy tam z całą rodziną – łącznie z mamą naszego gospodarza – docieramy. Dojeżdżają też rodzice Shiny i rozpoczyna się dyskusja u kogo powinniśmy spać – nasz gospodarz chce nas mieć u siebie, bo nas “zgarnął”, a rodzice Shiny u siebie, bo ona jako jedyna w tym gronie zna angielski. Kończy się na ustaleniu, że spędzimy noc i zjemy śniadanie u krewnych Shiny, a następny dzień spędzimy z nią i jej rodziną. I tak też się stało.

Po śniadaniu jedziemy do domu Shiny zostawić plecaki i wyruszamy na miasto. W pierwszej kolejności idziemy do Khane Kord.

Iranski Kurdystan - Sanandaj - Khane Kord
Iranski Kurdystan – Sanandaj – Khane Kord

To dawna kurdyjska posiadłość, funkcjonująca obecnie jako muzeum historyczne. W dość realistyczny sposób przedstawia życie Kurdów w przeszłości. Zauważamy w ogrodzie starszego pana, który nie wygląda ani na pracownika, ani zwiedzającego. Okazuje się, że to ostatni mieszkaniec domu, który został wysiedlony, by mogło powstać muzeum. I teraz przychodzi do swojego niegdyś domu jako gość.

Irański Kurdystan - Sanandaj - Khane Kord - właściciel
Irański Kurdystan – Sanandaj – Khane Kord – właściciel

Po wyjściu dołącza do nas koleżanka Shiny  – Azin, która uczy angielskiego,a nieco później jej chłopak. Jak się okazuje, tylko z uwagi na naszą obecność zdecydowali się spacerować razem. Nawet tu posiadanie chłopaka jest bowiem źle widziane, mimo że Irański Kurdystan to region, gdzie reguły są nieco bardziej rozluźnione. Przymyka się na przykład oko na wino na weselach, ale jak widać widok spacerującej, nie będącej małżeństwem pary wciąż razi. Idziemy jeszcze na bazar, a później do meczetu.

Irański Kurdystan - Sanandaj - meczet
Irański Kurdystan – Sanandaj – meczet

Kurdowie są sunnitami, w związku z czym meczet wygląda inaczej niż te, które do tej pory widzieliśmy w Iranie. Ku naszemu zdumieniu, dziewczyny zaczęły w środku wariować – ganiać się wokół fontanny, głośno śmiać itp. Okazało się, że nigdy wcześniej nie były w meczecie – po prostu nie miały potrzeby tu wchodzić.

Po południu poszliśmy już do Shiny do domu. Myśleliśmy, że tylko weźmiemy plecaki, ale był już przygotowany dla nas obiad.

Irański Kurdystan - Sanandaj - obiad u Shiny
Irański Kurdystan – Sanandaj – obiad u Shiny

Jej ojciec chciał się czegoś o nas dowiedzieć, my o nim również, i tak sobie rozmawialiśmy za pośrednictwem Shiny. Okazało się, co nas bardzo zdziwiło, że nie jest wierzący, a wynika to z jego ścisłego wykształcenia. Jest bowiem matematykiem, i za Szacha uczył w szkole. Po rewolucji stracił pracę i otworzył własny biznes, co biorąc pod uwagę wielkość i standard domu, wyszło mu chyba na dobre. Rozmawia się nam bardzo dobrze, ale powoli musimy się zbierać na autobus. Żegnamy się więc serdecznie i odprowadzeni przez Shinę udajemy się na dworzec autobusowy, gdzie żegnamy Irański Kurdystan i udajemy się do Shiraz.