Dwa dni w Hawanie

Dwa dni w Hawanie

Dojeżdżamy do Hawany, szybko znajdujemy nocleg i jedziemy oddać auto. Jedziemy tam z duszą na ramieniu – parę razy mocno siedliśmy w jakiejś dziurze, ale karoseria chyba bez nowych uszkodzeń. Na szczęście do niczego się nie przyczepiają i zwracają pełen depozyt. Możemy spokojnie i na bogato zwiedzać, a mamy jeszcze tylko dwa dni w Hawanie. Wracając do centrum zahaczamy o pizzerie, a potem znaną już nam z Cienfuegos lodziarnię Coppelia. Tu przed wejściem ochroniarz się pyta czy płacimy w CUP czy w CUC. Jak w CUC, to wchodzimy od razu, jak w CUP to mamy się ustawić na końcu kolejki. Idziemy na koniec i czekamy na wejście ok pół godziny, za to lody znowu kosztują nas grosze. Może te dwa dni w Hawanie nie wyjdą nas tak drogo.

Kuba - dwa dni w Hawanie - w kolejce do Coppelia
Kuba – w kolejce do Coppelia

Potem już idziemy do centrum, skąd chcemy popłynąć promem na drugą stronę zatoki, do Casablanca. Do promu dobiegamy pospiesznie, płacimy parę CUP za przejazd, po czym płyniemy do…Lanchita de Regla, innej przystani po drugiej stronie zatoki. Z tego co widzimy, nie jesteśmy jedynymi którzy wsiedli nie na ten prom, co chcieli. Jesteśmy źli na obsługę promu i przystani, że nie zareagowali – dobrze wiedzieli, gdzie chcieliśmy płynąć – w Casablanca jest parę miejsc do zwiedzani,a Lanchita de Regla to po prostu dzielnica przemysłowa.

Kuba - dwa dni w Hawanie - przeprawa promem
Kuba – Hawana – przeprawa promem

Wracamy na drugą stronę zatoki i czekamy na inny prom. Coś mnie tknęło i zapytałem jakiegoś Kubańczyka, ile kosztuje przejazd. Okazało się, że 20 centavos. Czyli nie dość, że wiedliśmy na niewłaściwy prom, to jeszcze słono za niego przepłaciliśmy. Frajerstwo pełną gębą. No nic, w końcu przypłynął prom i płyniemy już do właściwej przystani.

Casablanca, Muzeum Rewolucji i Camara Obscura

Tu czeka nas wieczorny spacer do Castillo de San Carlos de la Cabaña, gdzie oprócz fortecy znajduje się również dom-muzeum Che Guevary. Bierzemy przewodniczkę, ze względu na Anię i Jolę po angielsku, ale dość szybko mamy jej dosyć.Mówi w dość specyficzny sposób i ciężko ją zrozumieć. W części poświęconej Che znajduje się dużo zdjęć – w tym rodzinnych – i dokumentów. W części poświęconej twierdzy trochę eksponatów militarnych i archeologicznych. Po zwiedzaniu zostaliśmy jeszcze na inscenizacji przeprowadzonej przez rekonstruktorów, po czym promem wróciliśmy do casa.

Kuba - dwa dni w Hawanie - rekonstruktorzy w Casablanca
Kuba – Hawana – rekonstruktorzy w Casablanca

Z rana umówiliśmy się z właścicielką, że zostawimy nasze rzeczy i przyjdziemy po nie po południu. Idziemy do muzeum rewolucji. Jest jednak jeszcze nieczynne, mamy więc pół godziny czasu. Idziemy na wybrzeże, skąd rozpościera się dobry widok na nową część Hawany.

Kuba - dwa dni w Hawanie - widok na miasto
Kuba – Hawana – widok na miasto

Potem idziemy już do muzeum. To trochę taki zlepek tego, co do tej pory widzieliśmy – trochę o walkach partyzanckich, trochę o inwazji w Zatoce Świń, trochę o bohaterach rewolucji, a na koniec trochę propagandowych tablic i obraźliwe dla USA malowidło. W kilku pierwszych pomieszczeniach nie było opisów po angielsku, ale na szczęście później już tak.

Kuba - dwa dni w Hawanie - Muzeum Rewolucji
Kuba – Hawana – Muzeum Rewolucji

Wychodzimy z muzeum i udajemy się na Plaza Vieja, aby zobaczyć Camara Obscura. To znajdująca się na wieży przy placu konstrukcja przypominająca trochę w działaniu peryskop, podarowana Hawanie przez Cadiz. Obsługuje ją pracownik, a sesja trwa ok 10 minut. Podczas niej z niewielkiego pomieszczenia obserwujemy co się dzieje w Hawanie, a pani na przemian po hiszpańsku i angielsku z humorem opowiada co widzimy.

Kuba - dwa dni w Hawanie - widok z Camara Obscura
Kuba – Hawana – widok z Camara Obscura

Po chwili wychodzimy na taras i to co przed chwilą widzieliśmy przez Camara Obscura, teraz oglądamy na żywo.

Ostatnie chwile na Kubie

To nasza ostatnia atrakcja, dwa dni w Hawanie to jednak niewiele, zwłaszcza że są niepełne.W drodze po nasze rzeczy kupujemy jeszcze pamiątki i kierujemy się na dworzec Viazul. W okolicach dworca jemy jeszcze obiad, o czym ja z Anią jedziemy do Holguin. Aga z Jolą autobus mają kilka godzin później, więc po dotarciu do celu musimy na nie poczekać.

Na dworcu w Holguin jest dość tł

oczno. Na szczęście na małym telewizorze wyświetlany jest jakiś film, czas upływa nam zatem na przemian na przysypianiu i oglądaniu. W końcu przyjeżdżają dziewczyny. Idziemy się odświeżyć i zjeść śniadanie. Samolot mamy po południu i wahamy się co robić. W Holguin nic ciekawego nie ma, a do Guardalavaca dość daleko, i kierowcy życzą sobie sporo. Twardo negocjujemy, i decydujemy się jechać. W Guardalavaca kąpiemy się po raz ostatni w oceanie, pijemy pożegnalne mojito i bierzemy taksówkę na lotnisko. Chcemy być wcześnie, musimy się jeszcze przepakować i chcemy coś zjeść.

Na lotnisku stajemy do check-in. Jesteśmy 6 grupą, a do desku podchodzimy po 2 godzinach. Organizacja pracy to jakiś dramat. Za nami utworzyła się kolejka ok 150 osób, a nikt z obsługi nie reagował by cokolwiek przyspieszyć. Zjeść już nie zdążyliśmy. Pozostałe pieniądze chcemy wymienić w kantorze, ale pani odmawia, mówiąc, że możemy je wymienić dopiero za security. Tam kurs jest fatalny, ale co robić. Kupujemy sobie jeszcze po hamburgerze (są obrzydliwe) oraz wodę do samolotu i ustawiamy się do gate. Ustawiła się już spora kolejka, ale nikt nie jest pewien czy czy to właściwy samolot. Na szczęście jest, wchodzimy na pokład i żegnamy słoneczną Kubę. W Manchesterze 0 stopni, drżymy na samą myśl.