Teheran

Teheran osiągamy z samego rana, nie wiedząc jeszcze czy będziemy mieli gdzie spać. Nasz host z Couchsurfingu zmienił plany i napisał że niestety nie może nas przyjąć, ale w Teheranie mieszka też jej brat, który z chęcią nas weźmie. Mieliśmy już podobną sytuację i okazało się, ze “zastępczy” host nie mógł nas przyjąć, ale tym razem nie zostaliśmy na lodzie. Mehdi odezwał się i zaprosił nas do siebie. Zaraz jak do niego doszliśmy, położyliśmy się by odespać słabo przespaną w autobusie noc. Nasz gospodarz musiał wyjść do pracy, zostawił nam klucze i powiedział co i jak. W Teheranie to co chcemy przede wszystkim zobaczyć to Pałac Golestan – dawna siedziba Szaha oraz – jeśli się uda – dawna ambasada USA w Iranie, znana nam choćby z filmu Argo, który parę miesięcy wcześniej zdobył Oskara. W pierwszej kolejności jedziemy jednak zobaczyć symbol Teheranu – wieżę Azadi.

Wejście na Damavand

Wejście na Damavand rozkładamy sobie na kilka dni. W pierwszej bazie pod Damavand, (nominalnie jest to Camp Base 2, ale Camp Base 1 pominęliśmy) na wysokości 3040 m npm, znajduje się meczet oraz półotwarte namioty. Jest tu jeszcze dość ciepło, więc można by z nich za drobną opłatą skorzystać. My jednak mamy własne. Kupujemy tylko bezalkoholowe piwo, trochę rozmawiamy i idziemy spać.

Tabriz i okolice

Następnego dnia rano jedziemy do Tabriz. Musimy pożyczyć pieniądze od Hosseina, bo kwota którą wymieniliśmy na granicy okazała się zbyt mała.W Tabriz idziemy na bazar, gdzie w części jubilerskiej wymieniamy więcej pieniędzy, powinno nam na jakiś czas wystarczyć. Potem decydujemy się pojechać autobusem do Kandovan, O Kandovan – irańskiej Kapadocji – już pisałem opisując wyjazd z 2010 roku, więc tutaj specjalnie rozpisywać się nie będę. Spędziliśmy tam nieco ponad dwie godziny, a w drodze powrotnej w Osku udaje się nam kupić kartę SIM do telefonu. Było to dość czasochłonne oraz pełne formalności, włącznie z przekazaniem sprzedawcy odcisku mojego palca. Wracamy do Tabriz.